Brak koncentracji podczas nauki nie jest Twoim problemem

Brak koncentracji podczas nauki

 

Byłam w szoku, gdy w średnio na dziewięciu na dziesięć otrzymanych od Was wiadomości (pytałam na Instagramie o to, w czym upatrujecie swoich problemów w nauce) znajdowałam następujący twór: „brak koncentracji”. Spodziewałam się skarg na problemy z zapamiętywaniem, ogarnięciem dużej ilości materiału, czyli jakimś dalszym etapem nauki, niż po prostu z otwarciem książki i wczytaniem się w nią dłużej niż 10 minut. Potem zaczęłam nad tymi odpowiedziami rozmyślać i w końcu, W KOŃCU się zorientowałam, że wskazując jako winowajcę koncentrację, macie na myśli szereg innych problemów i nie jesteście tego świadome lub - o zgrozo - świadome być nie chcecie.

 

Większości z Was nie dotyka problem z koncentracją, ale coś większego, co się za nią sprytnie chowa. Jeżeli teraz sobie myślisz „Co ona gada, ja MAM problemy z koncentracją”, to zrób sobie szybką analizę i odpowiedz na pytanie: „umiesz rozmawiać z koleżanką przez 2 godziny na posiadówce w kawiarni? A jak idzie Ci koncentrowanie się na oglądaniu serialu? A na czytaniu ciekawej książki? (Nie wykluczam, że naprawdę możesz mieć kłopoty związane z neuroprzekaźnikami w mózgu, hormonami itd. i jeżeli tak czujesz, to skonsultuj się z lekarzem). Wróćmy jednak do rozkładania tego nieskoncentrowanego słonia na mniejsze kawałki.

Nie można powiedzieć, że brak Ci chęci do uczenia się. Starasz się, chodzisz na zajęcia, robisz notatki, może nawet lubisz się uczyć i ostatnio na wykładzie coś Cię zafascynowało. Uważasz naukę za inspirujący i upiększający życie na ziemskim padole proces. Lubisz się uczyć, dla siebie w teraźniejszości i dla siebie z przyszłości, bo wiesz, że bez edukacji (zakładam, że nie jesteś Bransonem, Muskiem czy Jobsem) czeka Cię praca poniżej aspiracji przez kolejnych 55 lat (tak, tak, jak dorośniemy wiek emerytalny osiągnie pewnie jakieś 75 lat).

Jeżeli czytasz ten tekst, oznacza to, że nauka jest dla Ciebie ważna. Doceń swoją wytrwałość. Od kilkunastu lat wykonujesz czynność, która zamiast soczystych owoców przynosi zgniłe i robaczywe (czyt. ból i rozczarowanie). Zdaj sobie z tego sprawę, przytul SIEBIE i pogratuluj dyscypliny.

Dążę do tego, żeby uświadomić Ci, to że to nie brak koncentracji jest problemem, ale brak wiary w to, że możesz się lepiej uczyć, ulepszyć pamięć, nauczyć się czegoś szybko i sprawnie. Kto przy zdrowych zmysłach chciałby koncentrować się na zadaniu, skoro i tak wie, że jest skazany na porażkę, że będzie musiał ślęczeć nad książkami godzinami, a i tak nic nie zapamięta. To jest BARDZO zniechęcające, przyznaj. Wyjdź z siebie i popatrz, czy osoba stłamszona takimi myślami: „i tak na pewno się nie skupię”, „i tak na pewno się nie nauczę”, ma jakąkolwiek szansę czegokolwiek się nauczyć? Siadając do książek z takimi przekonaniami kopiesz pod sobą dołek. Szeroki i głęboki. I będziesz w nim siedzieć razem z tymi zgniłymi i robaczywymi owocami swojej – jakby nie było – wielogodzinnej pracy.

 

Skąd biorze się fałszywe przekonania o tym, że źródłem problemów jest brak koncentracji?

 

Nie rozumiesz tego co czytasz. Na Twoją naukę najprawdopodobniej składają się takie elementy jak:

  1. czytanie i podkreślanie tekstu fluorescencyjnym Stabilo
  2. po przeczytaniu całości powrót do podkreśleń i robienie notatek (czyli po prostu przepisywanie podkreśleń i tego co naokoło nich)
  3. zamknięcie zeszytu i powiedzenie sobie „Umiem to”
  4. brak powtórek, aż do sesji

Powiedz szczerze, ile pamiętasz z tego co mozolnie przepisałaś? Czy byłabyś w stanie zdać za chwilę egzamin? Przeprowadź eksperyment i omów chociaż jedno zagadnienie, z którego mozolnie zrobiłaś notatki. TADAM. Wiesz niewiele. Tu leży problem, w pozornej wiedzy. Szczerze mówiąc, to moje życiowe odkrycie. I żaden kujon typu Ania i Kasia, którego pytałam „Jak to robisz, że się tak dobrze uczysz?”, nie raczył się ze mną podzielić tą wielką tajemnicą. Przeczytałam dziesiątki artykułów w necie, kilkanaście książek o metodach uczenia się, wylałam tysiące łez, zmarnowałam miliony godziny na studygramach w poszukiwaniu odpowiedzi na to, dlaczego niczego nie mogę zapamiętać. I jedyne co dostawałam w zamian to to, że mam używać kolorowych mazaków, robić mapy myśli i porządek na biurku. A rozwiązanie leżało gdzieś zupełnie indziej… bardzo daleko od zakreślaczy i porad, żeby nie uczyć się lężąc w łóżku.

Zacznijmy od początku. Załóżmy, że przeczytałaś i zakreśliłaś 5 stron tekstu. Ustaliłyśmy już też (mam nadzieje, że przeprowadziłaś ten eksperyment), że słabo u Ciebie z opowiedzeniem o czym był tekst (może przez 30 sekund jakoś poszło, ale spróbuj po 10 minutach).  Chcesz wzmocnić pamięć, bo oczywiście uważasz się za WZROKOWCA i uczysz się tylko poprzez ZAPISANIE, więc robisz tony pięknych notatek, bo tylko z ładnych i równych literek umiesz się uczyć. Mija godzina, druga, trzecia, a ty jesteś dopiero w połowie i do tego bardzo już zmęczona. Tyle wysiłku, a ty wciąż nic nie umiesz... bo tak naprawdę się nie uczysz.

Przepisywanie tekstu to nie uczenie się.

Podkreślanie to nie uczenie się.

Wodzenie wzrokiem po tekście i recytacja z podglądaniem, to NIE JEST UCZENIE SIĘ

 

Czym więc jest uczenie?

(Teraz NIE nastąpi moment, w którym przytaczam wyniki badań o pamięci i o tym, co interesuje nas najbardziej, czyli dlaczego niektóre informacje wpadają nam do głowy tak szybko, a innych w ogóle, pomimo tych naszych starannych przedsięwzięć z przepisywaniem i zakreślaniem. Zostawię te arcyzajmujące i ciekawe sprawy na inny wpis).

Uczenie się to według mojej skromnej i mało naukowej definicji proces, w którym informacje są zapisywane w pamięci długotrwałej  dzięki temu, że znajdujesz dla nich kontekst. Innymi słowy, zapamiętanie czegoś jest równoznaczne z tym, że

  1. potrafisz opowiedzieć sobie o tym czym się nauczyłaś
  2. umieszczasz tę informację w kontekście do tego co już umiesz
  3. zadajesz sobie pytania: Jakie ta informacja ma znaczenie? Jaki stał za jej stworzeniem tok myślenia? Co ona znaczy dla mnie osobiście?

Pytania będą różnić się w zależności od przedmiotu, trudno zadawać sobie je do nauki słówek z angielskiego, ale uruchomcie wyobraźnie, chodzi o to, żeby nowa wiedza miała jakąś kotwicę.

I teraz najgorsza informacja (choć biorąc pod uwagę to, jak głęboko i daleko byłyście sądząc, że nie umiecie się uczyć przez brak koncentracji) nie będzie ona aż tak straszna. Powtórki materiału trzeba sobie urządzać dosyć często. Preferuję taki model:

  1. po wykładzie, już w domu, bez zerkania do notatek próbuję przypomnieć sobie o czym był mowa. Dlaczego? Bo wtedy czarno na białym widzę, że nie umiem nic. Po co to robić? Żeby nie napędzać koła pozornej wiedzy, które objawia się w następującej postaci „Byłam na wykładzie, robiłam notatki, nie muszę powtarzać, wszystko wiem”. Celem jest także utworzenie szkieletu wykładu, czyli utrwalenia głównego przekazu - zazwyczaj można go ująć w kilku zdaniach (więcej o szkielecie nieco niżej).
  2. ZAWSZE okazuje się, że mało pamiętam, więc otwieram notatki i zerkam na nagłówki – TYLKO NA NAGŁÓWKI – i wciąż próbuje sobie na głos opowiedzieć, co przerabialiśmy. Celem jest po prostu wymienienie z pamięci akapitów. Np. Po kolei mówiliśmy o: asymetrii mózgu, lobotomii, komisurotomii, badaniach Zajonca. Nie zagłębiaj się, tylko zarys.
  3. W końcu czytam notatki, ale nie od A do Z, tylko zgodnie z tymi zasadami:
  • pierwsze zagadnienie – zamykam notatki – opowiadam swoimi słowami
  • drugie zagadnienie – zamykam notatki – opowiadam swoimi słowami
  • wracam do pierwszego i drugiego zagadnienia i opowiadam swoimi słowami
  • trzecie zagadnienie – zamykam notatki – opowiadam swoimi słowami
  • wracam do pierwszego, drugiego i znowu trzeciego zagadnienia
  • itd.

Celem punktu trzeciego jest uzupełnienie szkieletu z punktu nr 1 i 2 w szczegóły.

Myślicie sobie teraz „O Boże, jakie to skomplikowane, to ja już wole przepisywać te notatki” zamiast się zagłębiać w te JEJ rewolucyjne metody. Skoro tak, to proszę bardzo, bo oznacza to, że nie ma już dla Ciebie nadziei. Zamiast spróbować i zmodyfikować tę metodę pod swoje potrzeby wolisz iść na łatwiznę i siedzieć w swoim dole bez wyników (choć pewnie jest Ci tam miło i kolorowo ze wszystkimi zakreślaczami). Dla wytrwalszych i bardziej entuzjastycznych powiem jedno, to działa. Ja, po dwóch powtórkach jestem w stanie opowiedzieć cały wykład. Nie jest to opowieść pełna szczegółów, ale znam cały jego zarys, główne zagadnienia. Utworzenie i zapamiętanie takiego szkieletu będzie dla Ciebie kamieniem milowym, przysięgam. Dopiero po jego zapamiętaniu zacznij uzupełniać go szczegółowymi informacjami, jakimiś drobnostkami, których wymagają na egzaminie. Podejrzewam, że zazwyczaj uczyłaś się od szczegółu do ogółu, bo kalkulowałaś "skoro o to pytają o te kruczki, to tego będę się uczyć", ale efektywniej jest zacząć od zarysowania kontekstu całego wykładu, głównych akpitów i dopiero jego uzupełnienie. W ten sposób stworzysz w głowie obraz całości (a dosłowniej), po narysowaniu jego  konturów uzupełniasz rysunek kolorami.

 

(<- powyższy akapit jest najważniejszy, przeczytaj go drugi raz i zapamiętaj: Najpierw całość, później szczegóły)

Na koniec:

Pamięć można wyćwiczyć

Samo uświadomienie sobie tego powinno być dla Ciebie uwalniające i otwierające. Twoje umiejętności NIE są  w 100% zdeterminowane pochodzeniem, tym kim są Twoi rodzice, gdzie pracują, w jakim środowisku się obracasz i ile masz pieniędzy.

Teraz czas na gorzkie żale. Zmarnowałam wiele lat. Nikt nie dzielił się ze mną tymi informacjami, mam nadzieję, że zmienicie trochę sposób myślenia o uczeniu się, o tym, że trzeba zaczynać od ogółu i kończyć na szczegółach, a nie na odwrót. Pamiętajcie, dzielenie się wiedzą jest wartościowe,  a zagarnianie jej dla siebie okrutne. Dajcie znać jak Wasze efekty <3

W następnych odcinkach:

  • Jak dokładnie wyglądają moje powtórki z przykładami i zdjęciami
  • Dlaczego uczę się tylko 90 minut dziennie?

RELATED POSTS